Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrzeciono. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrzeciono. Pokaż wszystkie posty

16 sierpnia 2012

Panorama Kultur czyli o tym jak to trafiłam do skansenu

zdjęcia kradzone z szymbark.info
O mało co nie zapomniałam napisać o tym co przytrafiło mi się jeszcze w lipcu. Jakoś tak się wszystko zagmatwało, że ledwo wróciłam z susłowej inwentaryzacji w Kamieniu Śląskim, a już siedziałam przy kołowrotku w Skansenie Wsi Pogórzańskiej w Szymbarku  jako okaz odtwarzania ginącego zawodu ;) W czasie imprezy sprzędłam część z wełny z poprzedniego postu.
Co prawda nie jestem prządka tradycyjna wyuczoną przez inne starsze prządki tylko prządką internetową do tego z kołowrotkiem innym niż te nasze, ale i tak byłam atrakcją. Chociaż udało mi się mieć pogórzański, pożyczany z gorlickiego zespołu Pogórzanie, z wyjątkiem fartuszka, mniej naszego, bo haftowanego richelieu :) 
Dawniej Pogórzanie zajmowali się głównie lnem. Teraz len jest już praktycznie nie uprawiany w moich stronach, ale ślady dawnego zajęcia ludzi pozostały nawet w nazewnictwie niektórych miejscowości. 
Dziadek wspominał mi o czasach II wojny światowej, kiedy to przy domach uprawiano i obrabiano len, bo nie można było kupić ubrań. Z jego wspomnień nie dało się odsiać nic na temat przetwarzania wełny. Praktycznie wszystkie sprzęty, które pamięta służyły do obróbki lnu, a nie wełny. To może wynikać z tego, że ludzie byli tu trochę podzieleni. Mieszkający niżej Pogórzanie mieli len, a żyjący bardziej na południe w Beskidzie Niskim Łemkowie hodowli owce. U nas przędzenie wełny było rzadziej spotykane, częściej ludzie wspominają moczącego się lnu. Do przygotowywania przędzy używano tak zwanej prządki czyli urządzenia podobnego do wrzeciona, ale bardziej usprawnionego, dopiero dwojenie nici odbywało się za pomocą kołowrotka.
szymbark.info



05 marca 2012


Dawno nie pisałam, ale to przez okropne zimowe rozleniwienie. Zima jakoś tak zleciała mi bardzo szybko, a to za sprawą spędzania ogromnych ilości czasu na poprawkach tekstu pracy w ciepłym pokoju zamiast na przemrażaniu się na zewnątrz. W końcu przestałam orientować się jaki jest dzień tygodnia, ale nie tęskniłam za odmierzaniem czasu. Miałam co robić i czym się bawić. Jeszcze w styczniu dotarła do mnie przesyłka z kupionym kołowrotkiem. Zanim przyszło mi zmierzyć się z jego rozgryzieniem minęło trochę czasu.
Nowy nabytek był w dosyć dobrym stanie wizualnym, ale wymagał niewielkich napraw oraz usprawnień. Mój zakup ma 30 lat, więc nie jest źle.Widać też, że kołowrotek posmakował jakiemuś szczeniakowi, ale mniejsza o to ;)
Na początek należało zająć się sklejeniem niewielkiego pęknięcia. Przyszła też pora na mocowanie pedała do napędu, nie wygląda szczególnie dobrze, ale działa ;) Na razie kołowrotek chodzi na sznurówce, chociaż to rozwiązanie tymczasowe do pierwszych prób.
Oczywiście rozpoczęłam z angorą, na zdjęciu powyżej czarna angora na mniej puchato. U tej odmiany barwnej wychodzą bardzo ciekawe cieniowania. Wierzchołki włosów są ciemniejsze niż ich część przy skórze.
To jak się przędzie zależy w dużym stopniu od długości wełny i tego jak była pozyskana. Próbowałam już strzyc, skubać i wyczesywać, ale o tym innym razem. Najlepiej przędzie się wełna skubana, jednak chcąc nie chcąc ma się też wełnę czesaną. Nie obejdzie się też bez strzyżenia minimum 2 razy w roku.

Wrzeciono zostaje mi na czas zajęcia rąk kiedy jestem daleko od domu.

02 stycznia 2012

angorowe motki

W ubiegłym tygodniu wyczesałam moje domowe włóknodaje i przerobiłam na wrzecionie. Efekty są widoczne poniżej.
Co prawda nie jest to jeszcze szczyt ideału, ale zawsze coś:) Ciągle zmagam się z opanowaniem wrzeciona jak należy, a to idzie jak widać... różnie. Angora wyszła niesamowicie delikatna, ale mało praktyczna, bo zbyt delikatna. Najrozsądniej będzie wymieszać ją z czymś co doda jej trwałości. Muszę też pomyśleć chyba nad czymś innym niż wrzeciono Kromskich, bo jego ciężar utrudnia pracę z delikatną angorą.